Kuba Strawa. Wokalista i multiinstrumentalista o swoim singlu "Lioness".

Kuba Strawa to 26-letni wokalista i multiinstrumentalista z Krakowa, który po wielu latach działalności w undergroundzie rozpoczyna karierę solową. Ma na swoim koncie występy z zespołami takimi jak Łydka Grubasa i Kombi, a w 2026 roku zaprezentował się szerokiej publiczności m.in. na Zaucha Fescie 2026.
W rozmowie z redakcją Ame d'art opowiedział o singlu "Lioness", jakie zespoły wpłynęły na jego styl oraz gdzie chciałby widzieć swoją muzykę za rok lub dwa.
Twój nowy singiel „Lioness” ma w sobie mnóstwo energii, siły i takiej surowej dzikości. Opowiedz, jak rodził się w studio, co dla Ciebie oznacza tytułowa lwica i co chcesz przekazać tym utworem?
Ten numer dotyka tematu zdrowia psychicznego, głównie męskiego. Stąd zresztą wziął się wers: „Feel like Lioness, white lions in the fog”. Chciałem pokazać zderzenie z presją, jaką narzuca nam społeczeństwo, i z tym całym stygmatyzmem wokół męskich emocji (w końcu statystyki samobójstw u facetów są drastycznie wyższe). Chciałem przelać w ten utwór perspektywę faceta, który próbuje się przez to wszystko przebić, i pokazać, że nawet najtwardszy charakter w końcu może pęknąć albo potrzebuje przestrzeni, żeby zrzucić ten pancerz.
Mieliśmy okazję pracować przy sesji zdjęciowej. Jak ważny jest dla Ciebie wizualny język muzyki i czy przy „Lioness” od początku miałeś w głowie konkretny obraz albo estetykę?
Kluczowy! Kiedyś studiowałem grafikę, więc strona wizualna to dla mnie absolutna podstawa każdej sztuki. Pamiętam czasy, kiedy płytę kupowało się w ciemno tylko dla genialnej okładki. Od samego początku wiedziałem, że w solowym projekcie postaram się uciec w stronę abstrakcji, ruchu i nieoczywistości. Zdjęcie to dla mnie taki zamrożony utwór, jedna klatka, która potrafi przekazać dokładnie ten sam ładunek emocjonalny. Jeśli chodzi o kolory, od razu ciągnęło mnie do czerni i bieli i w sumie ten monochromatyczny klimat został głównym motywem.

Kiedy spoglądasz wstecz, które gatunki muzyczne lub konkretne zespoły miały największy wpływ na Twój styl?
Wszystko zaczęło się w domu, ojciec w kuchni puszczał Pink Floyd na cały regulator, a brat z sąsiedniego pokoju serwował mi dobre stare reggae. Chcąc nie chcąc, od małego wsiąkałem w miks gitar i potężnego groove'u. Później sam zacząłem szukać kapel, u których sekcja rytmiczna autentycznie buja: Arctic Monkeys, Queens of the Stone Age, Kid Kapichi, Dead Poet Society, The Mysterines, Frank Carter czy Nothing But Thieves. One ze mną zostały i mocno przebijają się w mojej muzyce, nie kopiuję nikogo jeden do jednego, raczej składam to z klocków, które najbardziej lubię produkcyjnie i songwriterowo.
W dzisiejszych czasach nietrudno zatracić się w pogoni za algorytmami i zasięgami. Jak dbasz o to, żeby zachować w tym wszystkim czystą radość z tworzenia i nie stracić autentyczności?
Szczerze? Sam się tego dopiero uczę. Najdziwniejszym momentem było wyjście z twarzą i własnym imieniem oraz przełamanie tego głupiego cringe'u przy kręceniu pierwszych rolek. Staram się ostro oddzielać proces artystyczny od promocyjnego. Kiedy siadam do pisania, nie interesuje mnie nic oprócz samej nuty, wyłączam myślenie w stylu „czy to będzie miało chwytliwy refren”. Zazwyczaj jest tak, że jak zaufasz pierwszym emocjom, kawałek wychodzi o wiele bardziej naturalny. Dopiero kiedy utwór wraca z masteringu, włączam tryb marketingowca. Dużo teraz o tym muzycznym marketingu się edukuję, więc przy kolejnych singlach będę to ogarniał coraz sprawniej. Ale podsumowując, dla mnie to są dwa różne światy, proces twórczy i promocyjny.


Gdzie chciałbyś zobaczyć swoją twórczość za rok czy dwa? O jakiej scenie, współpracy albo punkcie zwrotnym teraz marzysz?
Plan jest taki, żeby do 2027 roku wypuścić łącznie 5-7 singli i zacząć kompletować skład koncertowy na festiwale. Po premierze singla odezwało się do mnie kilku świetnych muzyków z branży, więc mam nadzieję, że ze składem pójdzie gładko. Celuję w średnie i większe kluby oraz letnie festiwale w Polsce. A marzenia? Realistycznie: bardzo chciałbym kiedyś wejść do studia i popracować z brytyjską producentką i mix engineer Catherine Marks, która miksowała moje ulubione płyty. Mniej realistycznie: Josh Homme i James Ford – ich wpływ na produkcję płyty „Humbug” Arctic Monkeys mnie całkowicie uwiódł, to jedna z moich ulubionych sonicznie płyt, zwłaszcza przez ten nostalgiczny, psychodeliczny akcent, z którego są słynni.
zdjęcia: Ewa Nowicka




Komentarze